Rozdział 1 - Replikanci

Czuję go, jest silny. Ale dziś jego siła będzie moją siłą, to ja stanę się potężny. Będę wysysał jego talent, jak kleszcz, który ssie krew żywiciela. A kiedy umrze, stanę się niepokonany i zniszczę naszych wrogów.
Ale minie wiele lat, zanim to nastąpi. Teraz muszę wniknąć w tego małego i pożywić się tymi ludźmi, siedzącymi w drugim pomieszczeniu. Mają w sobie wiele wartości odżywczych, potrzebnych mojemu organizmowi. Oni też staną się częścią mnie, jako pokarm. A ta mała, kwiląca istotka, żałośnie bezradna, przyczyni się do odrodzenia wspaniałej cywilizacji...


Spodnie szarego garnituru gliniarza pokrywały zacieki wymiocin. Mężczyzna oparł się o słupek bramy wjazdowej posesji i ponownie puścił malowniczego pawia.
Jezu, co za jatka— jęknął i otarł usta wierzchem dłoni —W życiu nie widziałem tak zmasakrowanych ciał.
Jak pan myśli, inspektorze, kto ich tak załatwił?— zapytał młodszy policjant, wysoki brunet w skórzanej kurtce i jeansach. To był jego pierwszy tak trudny przypadek, był zdenerwowany, o czym świadczyły nerwowo drgające kąciki ust.
Nie mam pojęcia, ale chciałbym go dopaść zanim się gdzieś ukryje lub ucieknie. Boże, spraw, żeby nawinął mi się pod lufę.
Inspektor wytarł zrolowaną chusteczką ślady rzygowin z nogawek spodni i wyprostował się i spojrzał na młodszego kolegę.
Albert, jak długo pracujesz w policji?— zapytał, patrząc brunetowi w oczy. Albert Kowalski, młodszy inspektor, wzruszył ramionami.
Pięć lat, przecież pan wie— odparł cicho.
Ja prawie dwadzieścia, ale jeszcze nigdy nie widziałem takiej rzeźni. Jako młody glina widywałem ludzi zadźganych nożem, samobójców z kulką w głowie, wisielców, topielców, a nawet kolesia pozbawionego dłoni przez pseudokibiców. Ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem, to przerasta całe moje policyjne doświadczenie.
Wiemy już coś na temat ofiar?— zapytał Kowalski, starając się naprowadzić zszokowanego kolegę na tor śledztwa.
Niedługo będziemy wiedzieć, ekipa kryminalistyczna jest na miejscu zbrodni. Lekarz z medycyny sądowej już obejrzał ciała.
Przeżył ktoś?
Dziecko— westchnął inspektor —Kilkutygodniowy chłopiec. Był cały w krwi, ale nic mu nie jest. Wiesz, Albert— spojrzał głęboko w ciemne oczy podwładnego —Gdyby ten chłopiec zginął, tropiłbym zabójcę aż do samego piekła.
Tak czy inaczej będziemy go tropić do skutku.
Starszy, siwiejący już gliniarz uśmiechnął się do Kowalskiego, ale był to smutny uśmiech człowieka, który widział w życiu zbyt wiele.
Jesteś dobrym gliną, Albert. I nie mów do mnie tak oficjalnie, jestem Roman— wyciągnął dłoń, którą młodszy gliniarz uścisnął.


18 lat później
Krystian wyciągnął wibrujący telefon z kieszeni, odczytał wiadomość i szybko odpisał, po czym schował go ponownie, niecierpliwie wiercąc się na siedzeniu autobusu, wiozącego go na spotkanie z ukochanym. Denis umówił się z nim w małej podmiejskiej miejscowości, znanej z pokazów pirotechnicznych i przytulnych knajpek. Było to dość niecodzienne, ponieważ nigdy wcześniej nie wyciągał go w takie miejsca, był rasowym domatorem odkąd zamieszkali razem. Lecz Krystian nie umiał mu odmówić, choćby nie wiadomo jak dziwna wydawała mu się ta propozycja. Od kilku tygodni jeździł po kraju, podpisując w księgarniach swoją pierwszą książkę, spotykając się z fanami, rozdając autografy. Zapowiedź rychłego powrotu ucieszyła Denisa, lecz spotkanie z dala od domu nie było w jego stylu.
Krystian wiózł dla niego w plecaku egzemplarz swojego wydawnictwa, specjalną edycję w twardej oprawie, która została wypuszczona w ilości tylko dziesięciu sztuk. Wyjął książkę i obejrzał błyszczącą okładkę ze swoim nazwiskiem. Denis się ucieszy, pomyślał, patrząc na błękitne litery.
Krystian Orlik”, „Pieśń samotności”
Czuł emocjonalną więź z tą książką, włożył w nią całe swoje życie i talent. Opisywał w niej wydarzenia ze swojego życia, choć w imię literackiej wolności nie odwzorował wszystkiego w stu procentach, gdzieniegdzie dodając lub ujmując pewne drobiazgi. Na początku publikował fragmenty na blogu, gdzie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem, więc postanowił wydać książkę. I w niecałe dwa tygodnie od pojawienia się w księgarniach, powieść pobiła rekordy sprzedaży, w trzecim tygodniu wydawca musiał czterokrotnie zwiększyć nakład, gdyż „Pieśń samotności” znikała z półek w ekspresowym tempie. Zdobyła wielką popularność wśród młodzieży o odmiennej orientacji, ponieważ traktowała o młodzieży o odmiennej orientacji. Ale nie tylko młodzi geje i lesbijki docenili jej walory, zbierała pozytywne opinie również od zatwardziałych heteryków, od ludzi w różnym wieku.
Dwa miesiące od wydawniczego sukcesu zaproszono go do jednego ze stołecznych Empików, gdzie miał spotkać się z wielbicielami i podpisywać dla nich zakupione egzemplarze. Frekwencja przerosła oczekiwania organizatorów, salon pękał w szwach, a pod wejściem stała prawie stumetrowa kolejka fanów, fanek, szalonych yaoistek i par homoseksualnych, dla których niezbyt gruba książeczka stała się symbolem ich samoświadomości. I tak posypały się zaproszenia z innych miast, Krystian spędził w samochodzie ponad miesiąc, mając jedynie telefoniczny i internetowy kontakt z Denisem.
Wracając do Częstochowy dostał wiadomość od ukochanego, żeby spotkali się w pobliskim Olsztynie, znanym nie tylko z wspomnianych pokazów sztucznych ogni i laserów, ale głównie z ruin średniowiecznego zamku. Nie zwlekając zostawił auto na parkingu pod blokiem i nie wchodząc nawet do domu pognał na autobus, gdyż godziny spędzone za kółkiem dały ostro popalić jego kręgosłupowi.
Pisk hamulców wyrwał go z zadumy, dając sygnał, że dojechali na Olsztyński rynek. Wysiadł i rozprostował kości, chłonąc jurajskie powietrze i widoki. Wyciągnął telefon i napisał:
Gdzie mam iść? Do którejś z knajpek?
Po dłuższej chwili przyszła odpowiedź:
Do groty pod zamkiem. Czekam.
Krystian wzruszył ramionami, zastanawiając się jakąż to niespodziankę szykuje mu jego chłopak. Następnie zastanowił się o którą grotę mu chodzi, gdyż znali ich tam co najmniej kilka.
Która grota?
Z tyłu zamku. Duże wejście.
Ok, znajdę.
Poprawił plecak i ruszył w stronę ruin, omijając punkty pobierania opłat za wstęp dostał się na zamkowe wzgórze. Obszedł je i skierował w stronę widniejącej w podstawie ruin jaskini, o której zapewne pisał Denis. Wspiął się na pagórek i zajrzał do środka. W półcieniu stał jego ukochany, ubrany w szare spodnie i bluzę. Nie zwracając uwagi na jego sztywną pozę, Krystian wbiegł do środka i złapał go w ramiona.
Cześć kochany, tęskniłem za tobą— wyszeptał mu do ucha. Denis jednak sprawiał wrażenie obojętnego na jego słowa, stał sztywno i nawet nie dał po sobie poznać, że zauważa obecność kochanka. Orlik cofnął głowę i spojrzał mu w oczy. Były jakby nieobecne, martwe.
Kochanie, co z tobą?
Weź mi do buzi— odparł Denis jakby nie swoim głosem —Szybko, weź mi do buzi.
Krystian potrząsnął z zaskoczenia głową, poruszając swą kasztanowo rudą czupryną.
Denis, co ci jest?— zapytał niepewnie.
Musisz mi wziąć do buzi, teraz.
Ale... przecież to niepodobne do ciebie...— zaczął, lecz nie zdołał dokończyć. Kochanek odepchnął go gwałtownie i przyparł do chropowatej ściany jaskini. Patrząc w jakiś dziwny sposób w jego oczy, złapał za nadgarstki i rozłożył mu ramiona na boki na wysokości bioder.
Krystian poczuł, że coś dziwnego dzieje się z jego dłońmi, jakby zatapiały się w wapiennej skale. Zanim zdążył zareagować całe dłonie wtopiły się w kamień, jakby wsadził je do zastygającego gipsu i nie mógł uwolnić. Szarpnął się.
Co to ma, kurwa, znaczyć?!— warknął, spoglądając w rybie oczy Denisa. I nagle zrozumiał, że to co stoi przed nim nie jest jego ukochanym. Było łudząco podobne, ale jakby inne. Nie potrafił określić tej różnicy, ale instynktownie wyczuwał, że ma do czynienia z kimś... czymś obcym. Z trudem panując nad przerażeniem szarpnął się jeszcze mocniej, ale kamień obejmował jego dłonie bardzo mocno.
Uwolnij mnie! — wrzasnął, czując jak wykręcone nadgarstki trzeszczą z nadwerężenia. Denis-nie-Denis wbijał w niego spojrzenie lodowatych oczu. Jego ruch był szybki, podciął nogi rudowłosemu, posyłając go na kolana. Uwięzione ręce zatrzeszczały w proteście. Tymczasem Denis spokojnie rozpiął spodnie i uwolnił coś, co tylko z grubsza mogłoby uchodzić za ludzkiego penisa. Organ ten przypominał go jedynie kształtem, lecz skóra była zbyt gładka, błyszcząca jak ciało ślimaka lub wnętrzności. Bez wątpienia był twardy, lecz zdawał się składać z jakiejś żelowej substancji, był blady i nie posiadał charakterystycznego dla członków wędzidełka, łączącego żołądź z napletkiem. I, jak na Denisa, był zdecydowanie zbyt długi i cienki. Krystian widywał swojego chłopaka nago w różnych sytuacjach od wielu lat, znał najdrobniejszy szczegół anatomiczny jego ciała i wiedział, jak dokładnie wygląda jego fiut w stanie erekcji. A to co teraz sterczało mu przed nosem w niczym nie przypominało penisa jego chłopaka. Zadrżał mimowolnie, nie odrywając oczy od dziwacznego organu.
Weź mi do buzi— powiedział dziwny osobnik, podobny do Denisa.
Nigdy!— Orlik szarpnął się rozpaczliwie, czując jak stawy nadgarstków pękają z trzaskiem. Tymczasem osobnik złapał go za głowę obiema dłońmi i siłą rozwarł mu szczęki, używając kciuków jako dźwigni. Mięśnie żuchwy zatrzeszczały, Krystian nie mógł żadnym sposobem ani siłą zamknąć ust, a obcy zbliżył swój narząd do jego warg i siłą wpakował mu go do gardła. Rudowłosy zadławił się i zabulgotał, zalewając się łzami poniżenia i wstydu. Czuł, jak śliski, obrzydliwy członek wciska mu się do przełyku, czuł dziwny, kwaśny smak, który nie był smakiem cofających się kwasów żołądkowych. To ten kutas, ten wstrętny fiut tak smakował. Poczuł jak coś jeszcze ohydniejszego spływa mu do gardła, jakby ten obcy miał wytrysk. Próbował krzyknąć, ale osobnik złapał go za dolną szczękę i wyrwał ją z zawiasów.
Ohydna, kwaśna substancja ściekała mu po przełyku do przewodu pokarmowego i nic nie mógł zrobić by temu zapobiec. Dławił się, nie mógł oddychać, po chwili zaczął tracić przytomność. I wtedy obcy wycofał penisa i stoczył się kilka metrów po pochyłym dnie jaskini. Na granicy utraty świadomości Krystian zobaczył, że w grocie jest jeszcze jedna osoba, szczupły blondyn w czarnym ubraniu. Wydawał mu się znajomy, ale jego mdlejący mózg nie był w stanie go rozpoznać.
Pogrążył się w ciemności...


Z trudem odzyskiwał przytomność, czując w ustach smak napastnika. Otworzył powieki i szybko ponownie je zamknął, oślepiony jaskrawym światłem słońca, wpadającym przez szpary w pionowej żaluzji. Próbował splunąć, lecz wnętrze ust miał wyschnięte na wiór. Mobilizując wszystkie siły obrócił się na brzuch i otworzył oczy. Zobaczył materiał obicia łóżka, i nie było to jego łóżko. Przekręcił głowę w lewo i zobaczył przesłonięte pionową żaluzją, duże widokowe okno. Coś zaszeleściło po drugiej stronie, więc odwrócił głowę i ujrzał niewyraźną ludzką sylwetkę w smugach słonecznego blasku. Zamrugał by wyostrzyć widzenie i odkaszlnął.
Steph Wolfe?— zaskrzeczał wyschniętym gardłem —Co jest grane?
Steph Wolfe— odpowiedział mu delikatny, chłopięcy głos —Prawdziwe nazwisko; Adrian Wilczyński, wiek; siedemnaście lat, sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, sześćdziesiąt trzy kilogramy wagi. Jasne włosy, brązowe oczy, sylwetka szczupła. Popularny wśród młodzieży bloger i vloger, zdeklarowany homoseksualista. Raz ukarany mandatem za nieobyczajne zachowanie w miejscu publicznym pod wpływem alkoholu.
Blondyn wyrecytował to jak wpis z kartoteki policyjnej. Jego błyszczące brązowe oczy wpatrywały się w Krystiana uważnie. Siedział na krześle, odwróconym oparciem w stronę rudowłosego, opierając o nie szczupłe, nagie ramiona. Sądząc po gołych, wydepilowanych nogach, wystających po obu stronach oparcia, miał na sobie tylko bieliznę.
Steph, to naprawdę ty?— zapytał Krystian —Gdzie jestem i co tu robię? I co ty tu robisz?
W moim domu, sprowadziłem cię tu i czekałem aż się ockniesz. Przy łóżku stoi szklanka wody, napij się, poczujesz się lepiej.
Denis coś mi zrobił, ale to nie mógł być on— stęknął rudowłosy, sięgając po szklankę. Dopiero wtedy zorientował się, że jego nadgarstek nie jest połamany —O kurwa, przecież miałem powykręcane dłonie. Co tu jest grane, śniło mi się to?
Nie, to nie był sen, miałeś wyłamane nadgarstki ale je wyleczyłem— odparł Wolfe —A co do twojego przyjaciela, to faktycznie nie był on, tylko jego replikant. Nazywa się B'aan i pochodzi z bardzo odległego świata.
Orlik pochłonął zawartość szklanki na jeden haust i niepewnie usiadł na łóżku. Przetarł oczy kciukami i odkaszlnął.
Chyb oberwałem po głowie, bo usłyszałem, że on nie jest z naszego świata.
Z twoją głową wszystko w porządku, tak właśnie powiedziałem— potwierdził blondyn —Pochodzi z odległej planety, jest obcym. Ja zresztą też.
Krystian zamknął oczy i potrząsnął głową, po czym walnął się ręką w skroń.
Jest gorzej niż myślałem, teraz usłyszałem, że ty też jesteś obcym— wyjęczał, rozmasowując obolałe miejsce.
Jestem obcym i tak dokładnie powiedziałem. Nazywam się Qt'azz i pochodzę z planety Naq'anee.
Kutas? Starzy nie mogli ci nadać lepszego imienia?
Nie kutas, tylko Qt'azz— sprostował blondyn —W języku mojego narodu to oznacza waleczny, niezłomny.
No sorki, ale nadal brzmi jak kutas— zachichotał Krystian —Lepiej zostań przy imieniu Steph, kutasa zachowaj w tajemnicy.
Co w ogóle oznacza słowo kutas?
To... potoczne określenie pewnej części ciała. Męskiego ciała.
Jakiej?
Noo, penisa— wyjaśnił Krystian. Wolfe wstał i wtedy okazało się, że jest kompletnie nagi. Jego członek był obrzezany. Wskazał na niego palcem.
Chodzi o tę część ciała?
T-tak, dokładnie o tę— odparł rudowłosy, gapiąc się na gładko wydepilowane krocze chłopaka. Potrząsnął głową i z trudem oderwał wzrok od tego widoku.
Możesz mi powiedzieć, dlaczego biegasz po domu z palnikiem na wierzchu?
Mój oryginał to lubił, przejąłem większość jego cech, w tym zapewne i tę— odparł Wolfe.
Czekaj, mam taki mętlik w głowie, możesz mi powiedzieć o co chodzi z tymi replikantami? Jesteście obcymi, więc to jakaś inwazja?— zapytał, wstając z łóżka. Steph niecierpliwie pokręcił głową.
Nie mamy teraz na to czasu, musimy iść do twojego przyjaciela.
Orlik okrążył obcego i usiadł w jego krześle, w dokładnie taki sam sposób, z oparciem z przodu. Oparł na nim ramiona i wlepił spojrzenie w nagim chłopaku.
Nie ruszę tyłka, póki nie dowiem się całej prawdy, panie Wilczyński, kutasie, czy jak się tam zwiesz. Śpiewaj jak na koncercie, inaczej mogę się zirytować— oznajmił twardo. Qt'azz sięgnął po leżące na ziemi spodnie i założył je, co wywołało u Krystiana lekkie rozczarowanie.
Dobrze, postaram się opowiedzieć ci to w maksymalnie skróconej wersji— zgodził się i usiadł na łóżku —Słyszałeś kiedyś o magii?
Harry Potter i te sprawy? Jasne, każdy słyszał, ale nikt w to nie wierzy. To bajki dla dzieci, magia nie istnieje.
Masz rację i mylisz się jednocześnie— uśmiechnął się blondyn —Magii w takiej postaci, jaką ukazują ludzie rzeczywiście nie ma. Ale w całym Wszechświecie istnieje nieliczna grupa istot, które są obdarzone pewnym talentem. Jest on wynikiem mutacji genetycznej, która spowodowała niewielkie, lecz bardzo istotne zmiany w mózgu. Pozwalają one na czerpanie i korzystanie z elementów składowych Wszechświata. W dawnych czasach na waszej planecie nazywano to magią, wiedzą tajemną, czarami, szamaństwem. W rzeczywistości jest to całkiem fizyczna zdolność organizmu, tak jak telepatia czy telekineza, które istnieją wbrew zaprzeczeniom ludzi. Telekineza jest podstawową formą panowania nad grawitacją, czyli elementem ziemi. Każdy z elementów generuje rodzaj energii, którą można pobrać i użyć, jeśli tylko się potrafi.
Pieprzenie w bambus, nigdy nie słyszałem o tym, żeby ktoś robił takie rzeczy— mruknął sceptycznie Krystian.
Bo na waszej planecie obdarzeni pojawiają się bardzo rzadko, w tej chwili żyje ich jedynie siedem osób, z czego tylko dwie posiadają talent w stopniu możliwym do wykrycia. Każdy obdarzony emanuje specyficzną aurę, którą inni obdarzeni mogą wyczuć nawet przez odległości międzygalaktyczne.Im silniejsze zdolności, tym silniejsza emanacja aury. Tak właśnie cię znalazłem.
Zaraz zaraz, chcesz powiedzieć, że poza pisaniem niby posiadam jakieś niezwykłe talenty? Dlaczego nigdy ich nie zauważyłem?
Bo twój talent nie jest rozwijany, trzeba się nauczyć w pełni go wykorzystać a to nie trwa tygodni, tylko nawet całe lata.
No dobrze, powiedzmy że w to uwierzyłem, ale jak to się ma do Denisa?— zapytał Orlik —Co on ma z tym wspólnego, że ten cały banan go skopiował?
B'aan— poprawił Steph —Widzisz, jego rasa, złodziejskie nasienie, wyspecjalizowała się w przejmowaniu umiejętności swych ofiar. Wnikają do ich ciał i z biegiem lat wysysają talent, łącząc swoje wrodzone umiejętności z przejętymi. Trwa to latami, zanim upodobnią się do żywicieli i wydrenują jego talent do zera.
A jak jest z tobą? Ty też jesteś pasożytem?
Nie, choć nasz gatunek jest spokrewniony z Ub'earianami .W swej naturalnej postaci jesteśmy podobni, mamy wspólnych przodków. Lecz oni w akcie desperacji rozpoczęli badania genetyczne, mające na celu ulepszenie ich rasy. W wyniku eksperymentów stali się pasożytami, kradnącymi obdarzonym ich talent.
A co dzieje się z żywicielem, kiedy taki pasożyt upodobni się już do niego i wyssie wszystkie umiejętności?— zapytał Krystian.
Właśnie to chciałem ci powiedzieć, zanim nie zmusiłeś mnie do wyjaśnień— westchnął Wolfe —Nosiciel ginie, gdy pasożyt osiągnie finalny etap upodobnienia się do niego.
To... to znaczy, że Denis...— zająknął się rudowłosy —... nie żyje?
Wydaje mi się, że wciąż żyje, mamy szansę go uratować. Replikant nie był jeszcze w pełni uformowany, co chyba sam zauważyłeś.
To czemu nic nie mówiłeś?! Trzeba jechać do mnie, natychmiast!
Próbowałem, ale...— zaczął Qt'azz, lecz Krystian nie pozwolił mu dokończyć.
Biegiem, zbieraj się!— zawołał, zrywając się z krzesła. Nagle złapał się za krocze i jęknął. —Ej, możesz mi wyjaśnić, dlaczego mi tak stoi? Aż boli.
Blondyn pośpiesznie ubrał się i był gotowy do wyjścia, lecz zaśmiał się.
To efekt wydzielania przez pasożyta pewnej substancji, która u waszego gatunku wywołuje długotrwałą erekcję. Ale o tym opowiem ci ze szczegółami później, teraz musimy pędzić do twojego przyjaciela.


Krystian zdziwił się kiedy dotarli do jego mieszkania, gdyż drzwi nie były zamknięte na klucz. Wszedł z blondynem do mieszkania, ich nozdrza zaatakował nieprzyjemny fetor. Pełen najgorszych obaw, Orlik wpadł do pokoju i spojrzał na łóżko, lecz było puste, pościel skłębiona. W drugim pokoju Denisa również nie było, w kuchni podobnie. Drżącą dłonią sięgnął do klamki drzwi łazienki, skąd wyraźnie dolatywał charakterystyczny fetor. Szarpnął klamkę i otworzył drzwi, smród buchnął im w twarze pozbawiając oddechu.
W wannie pełnej brązowawej wody leżał Denis, ponad powierzchnię wystawała tylko jego twarz. Powieki miał na wpół przymknięte. Krystian wpadł do środka i zatykając nos wsadził rękę pod wodę, wyciągając korek z odpływu. Poziom wody zaczął się obniżać, odsłaniając nagie ciało nieprzytomnego chłopaka. Jego klatka piersiowa unosiła się lekko. Wzrok rudowłosego przykuł sterczący, naprężony członek kochanka, otoczony odrastającymi, nie golonymi od kilku dni włoskami długości kilku milimetrów.
Kurwa, Denis...— jęknął przerażony Orlik, sięgając po słuchawkę prysznica —Dlaczego nie wróciłem wcześniej... kiedy przestał się odzywać.
Kiedy woda zeszła z wanny ich oczom ukazał się brązowy osad fekaliów na jej dnie, co świadczyło o tym, że nieprzytomny leżał tu przez kilka dni. Świadczyła o tym tez pomarszczona, zmacerowana skóra na dłoniach i stopach. Rudowłosy odkręcił ciepłą wodę i zaczął spłukiwać nieczystości z ciała ukochanego, polewając go ostrymi strumieniami by pobudzić krążenie i rozgrzać go. Rozpuszczone odchody spływały do odpływu i po jakimś czasie smród przestał być tak dokuczliwy. Krystian zakręcił wodę i sięgnął po wiszący na wieszaku wielki, kąpielowy ręcznik wiszący na wieszaku. Podał go Stephowi i wyjął nagiego Denisa z wanny, a domyślny blondyn owinął go ręcznikiem. Trzymając bezwładne ciało ukochanego, zaniósł je do łóżka i przykrył szczelnie kocem.
Obudzi się?— zapytał Wolfe'a, klękając przy łóżku i z troską patrząc na ledwie uchylone powieki kochanka. Długie, mokre włosy Denisa przylepiły się do jego twarzy, więc odgarnął je delikatnie.
Ma w sobie część B'aana, musimy ją usunąć, inaczej umrze— odparł blondyn, odpinając kieszonkę w czarnych, obcisłych bojówkach —Mam tu coś, co zabije tkankę macierzową, nie szkodząc twojemu przyjacielowi— wyjął z kieszeni coś, co z grubsza przypominało pistoletowy iniektor do wstrzykiwania szczepionek. Krystian złapał go za szczupłe ramię i zmrużył wściekle oczy.
Co to jest? Lepiej odpowiedz, nie pogrywaj ze mną— warknął, patrząc w jasnobrązowe oczy replikanta. Jednak te oczy nie wyrażały złych zamiarów, a troskę i szczerość.
To środek chemiczny, zupełnie bezpieczny dla ludzkiego organizmu, lecz zabójczy dla Ub'earian. Chcę pomóc twojemu przyjacielowi.
Rudowłosy puścił jego ramię i powiedział cicho:
Przepraszam, po prostu martwię się o niego. Rób co musisz, ratuj go.
Steph skinął głową i klęknął przy łóżku. Przekręcił na bok głowę nieprzytomnego chłopca i odsunął opadające na szyję mokre włosy. Przytknął iniektor do tylnej części szyi, niemal u podstawy czaszki i nacisnął spust. Cichy syk świadczył o wstrzyknięciu środka.
Kiedy tkanka macierzowa obumrze, zjawi się B'aan— powiedział, chowając wstrzykiwacz do kieszonki i wyjmując inny przedmiot, podobny do wypolerowanej na lustrzany połysk kuli z niewielkimi rowkami, tworzącymi siatkę na jej powierzchni —Będziesz musiał mi pomóc go pokonać, ciało Stepha jest dość... wiotkie, nie dysponuję zbyt wielką siłą.
Nim skończył to mówić ciało Denisa zadrżało. Krystian z odrazą patrzył, jak z jego ucha wypełza coś przypominającego dużą, szarą pijawkę, spada na poduszkę i zmienia kolor na bladoróżowy, po czym nieruchomieje.
Tkanka macierzowa została zneutralizowana, teraz czekamy na pasożyta— powiedział blondyn, stojąc sztywno w pogotowiu.
Krystian strącił palcem martwego robala na podłogę i zdeptał obcasem, krzywiąc się z odrazą. Nagle drzwi mieszkania otwarły się z hukiem i do pokoju wpadł Denis. Orlik wciąż był zdumiony podobieństwem replikanta do jego chłopaka, ale tym razem nie dał się zwieść. Doskoczył do niego i silnym ciosem pięści w szczękę powalił go na podłogę, kopiąc go w żebra w wściekłym amoku. Sobowtór Stepha Wolfe stał jak oniemiały, patrząc na oszalałego rudowłosego chłopaka, mszczącego się za swojego kochanka. Jednak jego ciosy były nieskuteczne, ciało replikanta było dziwnie elastyczne, poddawało się jego uderzeniom jak gąbka po czym wracało do dawnego kształtu, a sam replikant rzucał się wściekle na panelach, próbując wstać.
Krystian, tak nic mu nie zrobisz— zawołał blondyn, rzucając mu się z pomocą —Trzeba go wepchnąć do wanny, ja załatwię resztę.
Cofnęli się nieco i pozwolili podnieść się sobowtórowi Denisa na nogi, po czym razem skoczyli i zaczęli go spychać w stronę otwartych drzwi łazienki. Stawiał lekki opór, lecz jego siła również nie była duża, skoro upodobnił się do delikatnego, szczupłego Denisa. Jednak już przy samych drzwiach złapał się oboma rekami futryny i nie dał się wepchnąć dalej. Orlik cofnął się o pół kroku i bezwiednie wyciągnął w jego stronę prawą rękę.
Nieznana, potężna siła wepchnęła obcego do łazienki, odrywając kurczowo zaciśnięte palce od futryny. Przez sekundę balansował na jednej nodze przy samej wannie, machając ramionami, po czym z rumorem zwalił się do niej. Steph zareagował natychmiast, chwycił błyszczący kulisty przedmiot wyjęty z kieszeni, przekręcił go i wrzucił do wanny. Spokojny do tej pory fałszywy Denis zaczął rzucać się w wannie jak oszalały, jednak nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Jego nogi i ramiona tłukły o wnętrze wanny, zmieniając się. Zrobiły się ciemne, jakby sino-szare, ich kształt też się zmienił, zaczęły przypominać jakby macki mątwy. Zaczęły się kurczyć, jakby zapadać w sobie. Chłopcy podeszli do wanny i zajrzeli do środka.
Resztki macek były wsysane do błyszczącej kuli, a kiedy znikły całkiem jej lustrzana powierzchnia rozjarzyła się jasnożółtym blaskiem, jak rozgrzany metal. Bił od niej silny żar, który zmusił ich do cofnięcia się do drzwi. Nagle, jak za dotknięciem włącznika, wszystko ustało. Orlik powoli podszedł do krawędzi wanny i zajrzał do jej wnętrza, lecz nie było tam niczego poza błyszczącym kulistym przedmiotem. Blondyn również podszedł i wyminął go, sięgając po kulę. Wyjął ją z wanny i schował do kieszeni, patrząc na zdumioną twarz młodego pisarza.
Ta kula to dezintegrator molekularny, niszczy żywą tkankę. B'aan został wessany do jego wnętrza i spopielony— powiedział, przecierając spocone czoło. Krystian spojrzał na dno wanny, gdzie w jej politurze został nadtopiony ślad po niedawnym żarze.
Czy... Denisowi nic już nie grozi?— zapytał, patrząc z wdzięcznością w brązowe oczy Qt'azza, alias Steph Wolfe lub Adrian Wilczyński. Obcy pokiwał głową z ciepłym uśmiechem i odparł:
Jest bezpieczny, wkrótce dojdzie do siebie. B'aan pozbawił go co prawda talentu, lecz jego życiu już nic nie zagraża. A teraz, płomiennowłosy, zostawię was. Opiekuj się nim dobrze, gdybyś miał jakieś pytania, znasz Skype Stepha, dzwoń o każdej porze.
Dziękuję— Krystian pokiwał głową —Gdyby nie ty...
To ja dziękuję— przerwał mu Wolfe —Sam nie pokonałbym B'aana, wygraliśmy dzięki tobie.
Podszedł do otwartych drzwi, kiwnął głową Orlikowi i wyszedł, zamykając je za sobą. Rudowłosy przekręcił oba zamki i wrócił do pokoju, do swojego ukochanego. Położył się obok niego i przytulił jego wciąż mokrą głowę do twarzy.
Kochany, obudź się— szepnął, czule gładząc jego policzek, jednak Denis nie reagował. Przeleżeli tak ponad trzy godziny, Krystian ciągle głaskał policzek Denisa i wtulał się w niego, by ogrzać jego ciało. Skóra chłopca nabrała kolorów, lecz ciągle był nieprzytomny. Zdesperowany Orlik wstał i zbiegł do samochodu po swoje rzeczy. Rzucił plecak z ubraniami na podłogę i przyniósł na stolik przy łóżku torbę z laptopem. Wyjął i uruchomił komputer, odpalił Skype i połączył się z Wolfe'm. Steph odebrał niemal natychmiast.
Jak twój przyjaciel?— zapytał, ukazując się w okienku wideo. Nie miał na sobie koszulki, jego szczupłe ramiona i obojczyki były wyraźne w blasku ekranu.
Nadal nieprzytomny, zaczynam się o niego martwić.
Spokojnie, przez całe życie toczył go pasożyt, dojście do siebie musi trochę potrwać. Ale możesz spróbować go obudzić.
Jak?— zapytał rudowłosy, powątpiewająco wzruszając ramionami.
Znajdź to, co was łączy i... użyj ust— uśmiechnął się blondyn —Nic więcej ci nie powiem, domyśl się sam o co chodzi. I daj znać, jeśli ci się uda. To będzie obudzenie przez pobudzenie.
Gadasz jakimiś zagadkami... nie lubię tego.
Jesteś inteligentny, domyślisz się. A później zapraszam do mnie, opowiem wam z najdrobniejszymi detalami jak przedstawia się sytuacja, po co tu jestem i po co przybył tu B'aan. Jeśli chcesz przeżyć i uratować wasz świat, przyjedziesz. Jeśli los Ziemi i jej mieszkańców jest ci obojętny, twoja sprawa. Ale pamiętaj, tylko ty jesteś w stanie coś zrobić, więc nalegam, abyś do mnie przyjechał i mnie wysłuchał.
Zrobię to, chociaż nie podjąłem jeszcze decyzji— odparł Orlik —Zainteresowała mnie twoja opowieść i to co widziałem na własne oczy. Jeśli będę umiał pomóc, pomogę.
W takim razie przyjeżdżajcie nawet w nocy, ja nie potrzebuję snu.
Ale my potrzebujemy— odparł rudowłosy —W każdym razie nawiedzimy cię w najbliższym czasie.
Więc do zobaczenia, płomienna głowo— uśmiechnął się Wolfe i dodał —Powodzenia.
Rozłączył się zanim Krystian zdążył podziękować. Chłopak odwrócił się do Denisa i spojrzał w jego twarz, zastanawiając się co miał na myśli Steph, mówiąc o tym co ich łączy. Przekręcił się na łóżku i poczuł ostre parcie w kroku, gdzie wciąż trwająca erekcja stawała się coraz bardziej bolesna. Nagle zerknął na koc uniesiony przez potężny wzwód ponad kroczem ukochanego i doznał olśnienia.
Osz ty... sukinkot!!! Szukaj tego co was łączy...— westchnął głośno, zrozumiawszy zagadkę Qt'azza.
Odkrył krocze chłopaka i spojrzał na jego imponujący wzwód. Choć sam miał już w spodniach solidny namiot, poczuł silniejsze pożądanie. Wyciągnął rękę i dotknął członka kochanka, gładząc jego twardą nasadę i nabrzmiałą żołądź. Poruszył dłonią, nasuwając i zsuwając napletek, lecz Denis nie zareagował. W końcu, zdesperowany, pochylił się i wziął go w usta, ssąc coraz mocniej. Czuł jak jego własny penis rozrywa mu spodnie, więc rozpiął suwak i uwolnił go, chwytając w dłoń. Coraz intensywniej obciągał Denisowi, onanizując się. Po kilkunastu minutach Nieprzytomny wydał długie, przeciągłe westchnienie. Orlik spojrzał na jego twarz, oczy jakby bardziej się uchyliły, lecz jeszcze nie był w pełni świadom tego co się dzieje. Przyśpieszył i wzmocnił swe czynności na gnacie Denisa, co coraz częściej wywoływało ciche jęki i westchnienia. W końcu chłopiec oprzytomniał i całkiem trzeźwo spojrzał na swój organ, znikający w ustach Krystiana.
Kry... stian...— szepnął słabym głosem, jego pośladki zaczęły się napinać. Krople potu spływały mu po twarzy, w końcu naprężył mięśnie i rudowłosy poczuł ciepłą, gęstą jak śmietana spermę wtryśniętą mu do ust. Sam doszedł natychmiast, opryskując nasieniem biodro szatyna.
Uniósł głowę i padł obok obudzonego przyjaciela, obaj dyszeli ciężko.
Jak się czujesz?— wysapał, gdy oddech nieco mu się uspokoił.
Jestem zmęczony— odparł Denis —I słaby.
Krystian odgarnął mu z twarzy długie włosy i owinął ponownie kocem, po czym wtulił się w niego, nie zapinając rozporka, z którego wystawał jego wciąż stojący penis.
Prześpij się, później pojedziemy kogoś odwiedzić, mamy ważne sprawy do omówienia.
Szatyn kiwnął głową i zamknął oczy. Po chwili równy i spokojny oddech dał znać, że chłopiec śpi. Denis sięgnął po laptop i położył go sobie na brzuchu, po czym połączył się z Qt'azzem.
W oknie wideo znowu pojawiło się nagie popiersie blondyna.
Jak twój przyjaciel?— zapytał, odrzucając jasną grzywkę z oczu.
Obudził się, dzięki twojej wskazówce— Krystian kiwnął głową w podziękowaniu. Wolfe uśmiechnął się i kiwnął głową z uznaniem.
Wiedziałem, że załapiesz co mam na myśli, jesteś inteligentny.
Lubię rozwiązywać zagadki, pisałem kiedyś krótkie opowiadania detektywistyczne na blogu.
Wiem, miałem przyjemność się z nimi zapoznać— uśmiechnął się sobowtór Stepha Wolfe —Wiem o tobie sporo, znam twój pisarski talent i podziwiam go. Ale masz też inny talent, który trzeba rozwinąć. Musicie do mnie przyjechać, choćby teraz.
Denis zasnął, dajmy mu odpocząć— pokręcił głową Orlik —Przyjedziemy jak wypocznie. Rano na kawę.
Dobrze, będę na was czekał— zgodził się obcy —Odpocznijcie, wyśpijcie się, ale nie każcie mi zbyt długo czekać, czas nie działa na naszą korzyść.
Obiecuję, że się zjawimy— zapewnił go Krystian.
W porządku, śpijcie— Wolfe na ekranie uśmiechnął się —Do zobaczenia.
Nara— odpowiedział rudowłosy i rozłączył się.

Przytulił się do ukochanego i starając się nie zważać na monstrualną erekcję, zamknął oczy.

1 komentarz:

  1. Zapowiada się genialnie! Czekam na więcej! Pozdrawiam. ❤villemo

    OdpowiedzUsuń